Recovery scam: wtórne oszustwa wobec poszkodowanych w oszustwach kryptowalutowych
List wygląda poważnie. W nagłówku Europejski Bank Centralny, Frankfurt nad Menem. Pod spodem podpis: Christine Lagarde, prezes EBC, a obok, w tej samej linii podpisów, „Deputy Chief Constable”, dyrektor wykonawczy „European Local Policing”. Dokument informuje adresata, że jego „kompensata” w kwocie nieco ponad 400 tysięcy euro została zatwierdzona i czeka na wypłatę; wystarczy uiścić zwrotną opłatę AML w wysokości 2 procent. Na dole, tuż nad podpisem szefowej banku centralnego strefy euro, widnieje słowo, którego nie znajdzie się w żadnym urzędowym piśmie świata: „Congratulations”.
To nie jest scenariusz filmu sensacyjnego klasy B, lecz autentyczny dokument z przełomu lipca i sierpnia 2026 roku, element sprawy prowadzonej przez naszą kancelarię. Zarazem podręcznikowy okaz zjawiska, które w statystykach organów ścigania rośnie szybciej niż większość kategorii przestępczości internetowej: recovery scam, czyli oszustwo „na odzyskanie środków”. Amerykańskie FBI odnotowało w samym 2025 roku ponad 10,5 tysiąca skarg na ten schemat, z deklarowanymi stratami rzędu 1,4 miliarda dolarów. To pieniądze wyłudzone od ludzi, którzy raz już zostali okradzeni.
Sprawa z praktyki: kompensata, która nigdy nie istniała
Do kancelarii zgłosił się przedsiębiorca ze Skandynawii. Miesiąc wcześniej stracił pieniądze w klasycznym oszustwie inwestycyjnym: platforma obiecująca zyski z bitcoina, „doradca” prowadzący za rękę, saldo rosnące na ekranie do chwili, w której przyszło do wypłaty. Historia, jakich organy ścigania w Europie notują dziesiątki tysięcy rocznie.
Po kilku tygodniach odezwał się ktoś nowy. Firma „odzyskująca środki”, posługująca się nazwą i numerem rejestrowym prawdziwej, istniejącej od dekady brytyjskiej spółki windykacyjnej, poinformowała go, że jego sprawa „została pomyślnie rozpatrzona”. Odzyskana kwota, ponad 400 tysięcy euro, a więc wielokrotność faktycznej straty, czekała rzekomo w portfelu kryptowalutowym; klient mógł ją nawet zobaczyć, bo w jego własnej aplikacji widniało 404 800 jednostek tokena o nazwie BUSD, co do euro zgodnych z kwotą kompensaty. Obok, mniejszą czcionką, ta sama aplikacja uczciwie pokazywała ich wartość rynkową: 0,00 dolara. Do wypłaty brakowało jednego: zwrotnej „opłaty AML” w wysokości około 8 tysięcy euro, uwiarygodnionej pismem Europejskiego Banku Centralnego z podpisem prezes Lagarde.
Dla dodania wiarygodności opiekun sprawy, przedstawiający się jako Nathaniel, przesłał skan brytyjskiego paszportu. Prawdziwi pracownicy działów compliance nie wysyłają obcym własnych dokumentów tożsamości, ale gest działa na wyobraźnię. Wpisane w dokumencie miejsce urodzenia, Wednesbury, prawnikom kojarzy się skądinąd z klasyczną angielską formułą opisującą decyzje, jakich nie podjąłby żaden rozsądny organ; w falsyfikacie trudno o lepszy podpis. Gdy termin z pisma EBC minął bez wpłaty, ton się zmienił. Przyszło „ostateczne wezwanie przedprocesowe”: pięć dni na zapłatę, zapowiedź pozwu przed sądami Anglii i Walii, odsetki, koszty, a na deser zdanie o możliwej „konfiskacie majątku osób pozostających na utrzymaniu”, z nieruchomościami włącznie. W tle padały groźby zgłoszenia sprawy do Europolu.
Klient nie zapłacił. Zamiast tego zaczął zadawać pytania, a w końcu przesłał dokumenty prawnikom. Analiza zajęła mniej czasu, niż oszustom zajęła produkcja materiałów, bo schemat, choć starannie wystawiony, pęka przy pierwszym dotknięciu. Te pęknięcia warto znać, ponieważ powtarzają się w tysiącach podobnych spraw na całym świecie.
Skąd oszuści wiedzą, do kogo pisać
Recovery scam nie zaczyna się od szukania ofiary, lecz od jej odziedziczenia. Dane osób poszkodowanych w oszustwach inwestycyjnych krążą w obiegu przestępczym jako towar: listy kontaktów, kwoty strat, historia korespondencji. W żargonie branży nazywa się je „sucker lists”, listami naiwnych. FBI opisuje ten mechanizm wprost: do ofiar oszustw kryptowalutowych zgłaszają się następnie fikcyjne kancelarie prawne i rzekomi urzędnicy państwowi z ofertą pomocy w odzyskaniu środków, a bywa, że jest to po prostu kolejna iteracja tego samego, pierwotnego oszustwa. W lipcu 2026 roku FBI ostrzegło, że przestępcy podszywają się już nawet pod jego własną komórkę do przyjmowania zawiadomień, centrum IC3, używając do tego materiałów generowanych przez sztuczną inteligencję.
Skala rekrutacji ofiar wtórnych jest przemysłowa. Według analizy opublikowanej w lutym 2026 roku w ciągu około roku ponad 52 miliony Europejczyków zetknęło się w serwisach Meta z reklamami podszywającymi się pod Interpol, Europol i instytucje unijne, obiecującymi „zwrot środków” ofiarom oszustw; zidentyfikowano ponad 50 tysięcy takich reklam, w tym wariant polskojęzyczny, wykorzystujący wizerunek premiera RP i rzekomej „cyberpolicji”. Kliknięcie prowadziło do portali zbierających dane i pobierających „opłaty wstępne” za obsługę zwrotu, którego nigdy nie było.
Sfałszowany majestat instytucji
Drugim filarem schematu jest pożyczony autorytet. Europejski Bank Centralny prowadzi na swojej stronie stałą zakładkę ostrzegawczą, w której wśród typowych nadużyć wymienia dokładnie ten scenariusz: podawanie się za podmioty działające rzekomo w imieniu EBC przy odzyskiwaniu pieniędzy utraconych w oszustwach oraz informowanie ludzi, że bank przechowuje należące do nich środki. EBC przypomina, że nie prowadzi rachunków dla osób prywatnych, o niczyich pieniądzach nie „decyduje”, a jego korespondencja pochodzi wyłącznie z domeny ecb.europa.eu. Europol z kolei już w 2024 roku opublikował komunikat o wymownym tytule, przypominający, że nie kontaktuje się z obywatelami, nie prowadzi wobec nich „spraw” i nie żąda płatności; niemieckie BKA szacowało straty z samych telefonów „z Europolu” na miliony euro.
Do kompletu dochodzi klonowanie spółek. Zamiast wymyślać firmę, oszuści pożyczają tożsamość prawdziwej: nazwę, adres, numer w rejestrze. Ofiara, która zechce zweryfikować kontrahenta, znajdzie w Companies House czy innym rejestrze istniejący, aktywny podmiot i uzna, że wszystko się zgadza. Brytyjski nadzór finansowy FCA i policyjny Action Fraud ostrzegają przed tym wariantem od lat: w samym 2020 roku straty z inwestycyjnych „clone firms” przekroczyły w Wielkiej Brytanii 78 milionów funtów, średnio ponad 45 tysięcy funtów na ofiarę, a 77 procent badanych inwestorów nie wiedziało, czym w ogóle jest sklonowana firma. W opisywanej sprawie sklonowano małą walijską spółkę windykacyjną, której jedyną winą jest to, że istnieje. Wniosek praktyczny jest niewygodny: pozytywny wynik w rejestrze niczego nie dowodzi, bo rejestr potwierdza istnienie spółki, a nie tożsamość osoby, która się na nią powołuje.
Portfel, który pokazuje fortunę
Najbardziej sugestywnym rekwizytem jest saldo. Ofiara widzi pieniądze we własnej aplikacji, na własnym urządzeniu, i to widzenie wydaje się dowodem. Warianty są dwa. Pierwszy to token podrobiony: token o nazwie USDT i z logo Tethera może wyemitować każdy, bo wystarczy kilka linijek publicznie dostępnego kodu i groszowa opłata sieciowa, a portfele, w tym najpopularniejsze, wyświetlają nazwę tokena, nie adres jego kontraktu. Firma analityczna Match Systems opisała przypadek, w którym Trust Wallet klienta pokazywał blisko 35 tysięcy USDT, podczas gdy rzeczywista wartość portfela wynosiła 40 centów; adres kontraktu nie zgadzał się z oficjalnym adresem Tethera (autentyczny USDT w standardzie ERC20 ma jeden, publicznie znany kontrakt: 0xdAC17F958D2ee523a2206206994597C13D831ec7). Drugi wariant, użyty w opisywanej sprawie, jest jeszcze tańszy: ofierze przelano 404 800 jednostek BUSD, stablecoina, którego dalszej emisji nowojorski nadzór finansowy zakazał emitentowi w lutym 2023 roku, a największa giełda kryptowalut wygasiła jego obsługę w grudniu tego samego roku. Takie tokeny krążą jak unieważnione banknoty: da się je przesyłać i wyświetlać, nie da się ich wydać, a sama aplikacja wyceniała je na zero. Cała architektura oszustwa mieści się w szczelinie między dużą liczbą, którą ofiara ma przeczytać, a małą, którą ma przeoczyć.
Zresztą do zdemaskowania tego rekwizytu nie trzeba nawet techniki, wystarczy logika. Kto naprawdę dysponuje cudzymi 400 tysiącami euro, ten potrąciłby z nich sporną opłatę i wypłacił resztę. Opłata musi przyjść z zewnątrz tylko dlatego, że wyświetlanego salda nie da się wydać. Pieniądze, które trzeba opłacić, żeby stały się nasze, nie są pieniędzmi; są przynętą.
Opłata, która zawsze jest… „przedostatnia”
Konstrukcja finansowa schematu to klasyczne oszustwo zaliczkowe, znane na długo przed kryptowalutami. „Zwrotna opłata AML” nie istnieje w żadnym porządku prawnym: gdy instytucja finansowa rzeczywiście blokuje środki z powodów compliance, blokadę zdejmuje się dokumentami, nigdy przelewem. Dlatego wpłata niczego nie kończy. Po opłacie AML przychodzi podatek, po podatku ubezpieczenie transferu, po ubezpieczeniu prowizja, i tak długo, jak długo ofiara płaci. Terminy w tym teatrze pełnią rolę wyłącznie dramaturgiczną: „ostatnie ostrzeżenie” wygasa, po czym nie dzieje się nic poza nadejściem kolejnego ostatniego ostrzeżenia. W opisywanej sprawie nie zgadzała się nawet arytmetyka: 2 procent od kwoty „kompensaty” dawało 8 096 euro, pismo z EBC mówiło o 8 000, a korespondencja o 8 100. Prawdziwe instytucje nie spierają się same ze sobą o wysokość własnej opłaty.
Dlaczego to działa na inteligentnych ludzi
Byłoby wygodnie sądzić, że recovery scam łowi wyłącznie naiwnych. Literatura badawcza mówi co innego, a mechanizm psychologiczny jest projektowany przez zawodowców z myślą właśnie o ludziach zaradnych, przywykłych do rozwiązywania problemów.
Pierwszym silnikiem jest efekt kosztów utopionych, opisany klasycznie przez Arkesa i Blumera i rozwijany w badaniach nad decyzjami jako eskalacja zaangażowania: skłonność do dalszego zasilania przegranego kierunku tylko dlatego, że zasilało się go wcześniej. Kto stracił pierwszą kwotę, ten kolejnej wpłaty nie księguje jako wydatku, lecz jako misję ratunkową dla poprzedniej; efekt replikowano także u osób biegłych finansowo, więc kompetencja zawodowa nie daje odporności. Pułapkę pogłębia rama czynna: badania nad efektem zaniechania pokazują, że decyzja przedstawiona jako aktywny krok, „zapłać, aby uwolnić środki”, eskaluje zaangażowanie silniej niż ta sama decyzja ujęta jako bierne trwanie. Oszust nie prosi o cierpliwość; oferuje sprawczość, bo sprawczość wciąga mocniej.
Drugim silnikiem jest pożyczony autorytet, podawany we fragmentach. Każdy rekwizyt z osobna przechodzi kontrolę: spółka figuruje w rejestrze, paszport ma właściwą liczbę cyfr, stopień Deputy Chief Constable istnieje, Christine Lagarde istnieje. Nikt nie kontroluje spojeń, a oszustwo żyje w spojeniach, w pytaniu, co brytyjski stopień policyjny robi na papierze firmowym banku centralnego, który komukolwiek gratuluje. W badaniach Modica i Lei nad podatnością na perswazję w oszustwach autorytet i potrzeba konsekwencji okazały się stabilnymi predyktorami ulegania, niezależnymi od inteligencji i wykształcenia, a presja czasu i osłabiona samokontrola działały jako osobne kanały nacisku. To tłumaczy dramaturgię terminów: ultimatum nie dodaje pismu powagi, ono pracuje na własny rachunek, odcinając czas na jedyną czynność, która niezawodnie zabija schemat, czyli konsultację.
Trzecim silnikiem jest wstyd. Przegląd systematyczny opublikowany w 2026 roku we Frontiers in Psychology pokazuje, że u ofiar oszustw wstyd, samoobwinianie, lęk i erozja zaufania występują regularnie, a ich nasilenie bywa nieproporcjonalne do samej straty i rośnie wraz ze stopniem manipulacji emocjonalnej. Otoczenie dolewa oliwy: badania FINRA Investor Education Foundation dokumentują trwałą kulturę obwiniania ofiar, także przez rodzinę i przyjaciół, a analizy Australijskiego Instytutu Kryminologii pokazują, że ofiary oszustw internetowych bywają uznawane za „częściowo odpowiedzialne” za własną krzywdę. Skutek daje się policzyć: według danych brytyjskich zgłaszany jest mniej więcej co trzeci przypadek. Reszta milczy, a milczenie jest dokładnie tym zasobem, który recovery scam monetyzuje. „Opiekun sprawy” bywa jedyną osobą na świecie gotową rozmawiać o stracie ciepło, cierpliwie i o każdej porze. Celem nie jest głupota. Celem jest samotność.
Warto to mówić wprost, bo mówimy to również naszym klientom: te schematy projektują zorganizowane, wyspecjalizowane grupy, a ich ofiarami padają lekarze, przedsiębiorcy i inżynierowie. Zawstydzenie ofiary jest częścią modelu biznesowego sprawców; odebranie im tego narzędzia zaczyna się od nazwania mechanizmu po imieniu.
Skala zjawiska w liczbach
Amerykański rejestr IC3 przyjął w 2025 roku ponad milion zawiadomień o przestępstwach internetowych, z łącznymi stratami sięgającymi 21 miliardów dolarów; skargi związane z kryptowalutami (ponad 181 tysięcy) odpowiadały za przeszło 11 miliardów. W tej masie recovery scam stanowi już osobną, policzalną kategorię: ponad 10,5 tysiąca skarg i około 1,4 miliarda dolarów strat w jednym roku. W Wielkiej Brytanii same „clone firms” wyłudziły w roku pandemii ponad 78 milionów funtów. W Polsce CERT przyjął w 2024 roku ponad 600 tysięcy zgłoszeń, o 62 procent więcej niż rok wcześniej, a na jego liście ostrzeżeń znalazło się ponad 52 tysiące domen. Wiosną 2026 roku Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości ostrzegało publicznie osoby poszkodowane w głośnej sprawie jednej z giełd kryptowalut przed drugą falą: materiałami wideo, także typu deepfake, w których rzekomi eksperci oferują „pomoc w zwrocie zablokowanych środków”. Schemat jest ten sam na każdej szerokości geograficznej; zmieniają się tylko loga na papierze firmowym.
Kwalifikacja prawna: co na to polski Kodeks karny
Z perspektywy polskiego prawa karnego recovery scam nie jest zjawiskiem nowym, lecz starannie wystawioną kompilacją znanych typów czynów zabronionych, z których każdy podlega ocenie osobno.
Rdzeniem jest oszustwo z art. 286 § 1 k.k.: doprowadzenie innej osoby do niekorzystnego rozporządzenia mieniem za pomocą wprowadzenia w błąd, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, zagrożone karą od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Istotne i często przeoczane: odpowiedzialność nie czeka na przelew. Samo żądanie „opłaty AML”, oparte na fikcyjnej kompensacie, wyczerpuje znamiona usiłowania (art. 13 § 1 w zw. z art. 286 § 1 k.k.), a gdy rzekoma korzyść dotyczy mienia znacznej wartości, powyżej 200 tysięcy złotych, typ kwalifikowany z art. 294 § 1 k.k. podnosi zagrożenie do przedziału od roku do 10 lat.
Osobnym czynem jest fałszerstwo. Art. 270 § 1 k.k. penalizuje podrobienie dokumentu w celu użycia za autentyczny oraz samo posłużenie się takim dokumentem, pod groźbą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Definicja dokumentu z art. 115 § 14 k.k. jest przy tym szeroka: obejmuje każdy przedmiot lub nośnik stanowiący dowód prawa, stosunku prawnego lub okoliczności mającej znaczenie prawne, a więc zarówno list z podrobionym podpisem prezes EBC, jak i przysłany dla uwiarygodnienia paszport. Fałszerstwo pozostaje karalne także wtedy, gdy do wyłudzenia nigdy nie doszło.
Groźby mają w tym schemacie własną kwalifikację. Zapowiedź „zgłoszenia sprawy do Europolu” czy skierowania fikcyjnego roszczenia do sądu mieści się w kodeksowej definicji groźby bezprawnej z art. 115 § 12 k.k., obejmującej również groźbę spowodowania postępowania karnego dla wymuszenia określonego zachowania. Tam, gdzie sprawcy posuwają się do zapowiedzi popełnienia przestępstwa na szkodę adresata lub jego bliskich, w grę wchodzi groźba karalna z art. 190 § 1 k.k., po nowelizacji obowiązującej od jesieni 2023 roku zagrożona karą do 3 lat pozbawienia wolności. Działanie w zorganizowanej strukturze i uczynienie sobie z procederu stałego źródła dochodu otwiera art. 258 i art. 65 § 1 k.k., a obrót wyłudzonymi środkami, zwłaszcza kryptowalutowymi, art. 299 k.k.
Dla pokrzywdzonych w Polsce praktyczne znaczenie ma reguła z art. 6 § 2 k.k.: czyn uważa się za popełniony między innymi tam, gdzie skutek nastąpił lub według zamiaru sprawcy miał nastąpić. Polski pokrzywdzony składa więc zawiadomienie w Polsce niezależnie od tego, z którego kontynentu fizycznie operują sprawcy. I warto je składać także przy usiłowaniu, obejmując nim całość konstrukcji: podrobione pisma, adresy, numery i portfele. Tak sporządzone zawiadomienie pozwala organom traktować schemat jako przestępstwo złożone, a każdy taki zestaw mapuje infrastrukturę grupy i zasila postępowania innych pokrzywdzonych, tych, którzy zapłacili.
Jak rozpoznać recovery scam
Po pierwsze, kierunek pieniędzy: prawdziwy zwrot środków nigdy nie wymaga wcześniejszej wpłaty, a każdy, kto żąda opłaty za „uwolnienie” pieniędzy, mógłby ją potrącić z rzekomo posiadanej kwoty. Po drugie, „zwrotna opłata AML”: pojęcie nieistniejące w żadnym systemie prawnym; compliance operuje dokumentami, nie przelewami. Po trzecie, adresy nadawców: dział prawny spółki grożącej pozwem przed sądem w Londynie nie pisze z darmowej skrzynki pocztowej. Po czwarte, arytmetyka i daty: fałszywe dokumenty niemal zawsze kłócą się między sobą o kwoty, procenty i terminy. Po piąte, instytucjonalne hybrydy: bank centralny nie dzieli linii podpisów ze stopniem policyjnym, a prezes EBC nie gratuluje nikomu osobiście wypłaty. Po szóste, groźby wykraczające poza prawo: „konfiskata majątku rodziny” za cudzy rzekomy kontrakt nie istnieje w żadnym europejskim porządku prawnym, bo konfiskata jest władztwem państwa, nie spółki. Po siódme, teatr terminów: ultimatum mija, świat się nie kończy, przychodzi następne ultimatum.
Co zrobić, gdy taki list przyjdzie
Najpierw rzecz najprostsza i najtrudniejsza zarazem: nie odpowiadać, także po to, by nie potwierdzać, że adres jest żywy. Każda odpowiedź, nawet odmowna, podnosi wartość ofiary na liście i przyspiesza eskalację, której typowym kolejnym aktem jest telefon od fałszywego „policjanta”.
Dalej dowody. Zachować całą korespondencję wraz z nagłówkami wiadomości, adresy portfeli, identyfikatory transakcji, numery telefonów i nazwy domen. Jeżeli w toku pierwotnego oszustwa instalowano oprogramowanie zdalnego pulpitu, nie należy go usuwać: biegły potrafi odtworzyć z logów sekwencję zdarzeń, łącznie z momentem zdalnego zatwierdzenia operacji, a to bywa dowodem rozstrzygającym w sporze z bankiem.
Następnie zgłoszenia, składane równolegle: zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa (prokuratura lub Policja, w sprawach internetowych z udziałem CBZC), zgłoszenie domeny i wiadomości do CERT Polska, a przy płatnościach kartą lub przelewem niezwłoczna reklamacja w banku, bo procedury obciążenia zwrotnego i odwołania przelewu mają krótkie okna czasowe. Saldo w portfelu weryfikuje się nie zrzutem ekranu, lecz adresem kontraktu tokena w publicznym eksploratorze łańcucha.
I zasada ostatnia, dla nas oczywista z powodów, o których niżej: weryfikować także tych, którzy oferują pomoc. Sprawdzić wpis pełnomocnika na liście właściwego samorządu prawniczego, domenę korespondencji, sposób rozliczeń. Nasza kancelaria sama padła w ubiegłym roku ofiarą podszywania się: oszuści, używając jej dobrego imienia, kontaktowali się z poszkodowanymi w oszustwach inwestycyjnych z ofertą „odzyskania środków”. Zasada ograniczonego zaufania obejmuje więc każdego, z nami włącznie, i żaden uczciwy pełnomocnik nie poczuje się nią urażony.
Podsumowanie
Recovery scam jest pasożytem drugiego rzędu: żeruje nie na chciwości, lecz na nadziei, i nie na nieostrożności, lecz na ranie po wcześniejszej stracie. Jego przewaga bierze się stąd, że ofiara pierwotnego oszustwa zostaje z problemem sama, a jedynym, kto chce o nim rozmawiać, okazuje się kolejny przestępca. Dlatego najskuteczniejszą szczepionką jest wiedza o mechanizmie oraz druga para oczu: ktokolwiek obiecuje odzyskanie utraconych pieniędzy, jego dokumenty powinny najpierw obejrzeć osoby, które takie schematy rozbierają na części zawodowo.
Jeżeli po oszustwie inwestycyjnym odezwał się do Ciebie ktoś z obietnicą zwrotu środków, nie płać żadnej „opłaty” i nie odpowiadaj na groźby; prześlij otrzymane dokumenty do analizy prawnej. Kancelaria Prawna Skarbiec reprezentuje pokrzywdzonych w postępowaniach dotyczących oszustw inwestycyjnych i kryptowalutowych, w tym w sprawach o zasięgu transgranicznym, a ocena nadesłanych materiałów pozwala zwykle szybko odróżnić realną ścieżkę odzyskania środków od drugiej rundy tego samego przestępstwa.

Robert Nogacki – radca prawny (WA-9026), założyciel Kancelarii Prawnej Skarbiec.
Są prawnicy, którzy zajmują się prawem. I są tacy, którzy zajmują się problemami, na które prawo nie ma gotowej odpowiedzi. Od ponad dwudziestu lat Kancelaria Skarbiec pracuje na przecięciu prawa podatkowego, struktur korporacyjnych i ludzkiej niechęci do oddawania państwu więcej, niż się państwu należy. Doradzamy przedsiębiorcom z kilkunastu krajów – od tych z listy Forbesa po tych, którym fiskus właśnie zajął konto i którzy nie wiedzą, co robić jutro rano.
Jeden z najczęściej cytowanych ekspertów prawa podatkowego w polskich mediach – pisze dla Rzeczpospolitej, Dziennika Gazety Prawnej i Parkietu nie dlatego, że to dobrze wygląda w CV, lecz dlatego, że pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić w piśmie procesowym i ktoś musi je powiedzieć głośno. Autor AI Decoding Satoshi Nakamoto. Sztuczna inteligencja na tropie twórcy Bitcoina. Współautor nagrodzonej książki Bezpieczeństwo współczesnej firmy.
Kancelaria Skarbiec zajmuje czołowe pozycje w rankingach kancelarii podatkowych Dziennika Gazety Prawnej. Czterokrotny laureat Medalu Europejskiego, laureat tytułu International Tax Planning Law Firm of the Year in Poland.
Specjalizuje się w sporach z organami skarbowymi, międzynarodowym planowaniu podatkowym, regulacjach kryptoaktywów i ochronie majątku. Od 2006 roku prowadzi sprawę WGI – jedną z najdłuższych spraw karnych w historii polskiego rynku finansowego, bo są rzeczy, których nie wolno zostawić w połowie, nawet jeśli trwają dwie dekady. Wierzy, że prawo jest zbyt poważne, żeby traktować je wyłącznie poważnie – i że najlepsza porada prawna to ta, dzięki której klient nigdy nie musi stanąć przed sądem.